AdopcjaDorotka

„Sierota, która i tak będzie patologiczna”

Wpis o adopcji miał pojawić się już jakiś czas temu. Dla tych, którzy rozważają tę drogę na posiadanie potomstwa i dla tych których to po prostu ciekawi i dla mnie. Chcę podzielić się z Wami tym jak ja to widzę…

Jeśli nas obserwujesz na Instagramie to mniej więcej moje podejście do tego tematu znasz.

Od kiedy pamiętam chciałam adoptować dziecko. Nie powiem wam natomiast dlaczego tak mam, skąd się to u mnie wzięło. Wiem natomiast jedno. Nie umiem przejść obojętnie obok cierpienia dziecka. Nie ważne czy to cierpienie emocjonalne czy fizyczne. Czy dziecko zdaje sobie z niego sprawę, bo przecież nie zawsze tak jest. Wiele dzieci jest krzywdzonych nawet przez własnych rodziców i wcale nie zdają sobie sprawy z tego że może być inaczej. Kochają ich mimo wszystko. Bronią i w gruncie rzeczy będąc jeszcze dziećmi sami np. przejmują opiekę nad swoimi rodzicami…

Ale wróćmy do adopcji. Mój instynkt macierzyński pojawił się dopiero w momencie kiedy urodził się Heniek. Nigdy wcześniej go nie czułam. Nie miałam jakiejś silnej potrzeby bycia matką. Ale wiedziałam, że jeśli kiedyś będę miała męża to niezależnie od tego czy będziemy mieli własne dzieci czy nie, to chce adoptować. Nie przypominam sobie rozmowy z Wojtkiem na ten temat, że wiecie, siadam na kanapie i mówię „Mężu, co powiesz na adopcję? Może byśmy spróbowali” – nic takiego nie miało miejsca. To było jakieś takie oczywiste jak np. to że kiedyś nie wiem kupimy dom, pojedziemy na wakacje itd. Od ślubu wszystko potoczyło się bardzo szybko. Od razu Heniek, potem Bogutek no i nasza Dorotk. Nie będę opisywała jak to się stało bo to macie we wcześniejszych wpisach.

Chcę opisać proces i kurs dla rodziców adopcyjnych. To zazwyczaj nie wygląda tak jak w filmach. Pary najczęściej decydują się na adopcję jeśli nie mogą mieć dzieci biologicznych. A proces jest długi. Muszą chcieć oboje. Mąż i żona. Oczywiście istnieje też możliwość przysposobienia dziecka będąc osobą samotną. To musi być świadoma decyzja. Dziecko które zostanie przysposobione nie może być oddane bo się komuś jednak rodzicielstwo nie spodoba. A uwierzcie mi ze takie przypadki mają miejsce. Są rodzice którzy po 12 latach od adopcji chcą „zwrócić” dziecko bo ono nie jest takie jak oni sobie wyobrażali że będzie! To jest pierwszy najważniejszy punkt! Nie wyobrażamy sobie jakie będzie nasze dziecko. Bo nie będzie na pewno takie. 99% przypadków dzieci oddanych do adopcji pochodzi z rodzin dysfunkcyjnych i baaaardzo dysfunkcyjnych. Którym nie były zapewnione ani godne warunki ani bezpieczeństwo, ani podstawowe wyżywienie, ubiór nie wspominając już o miłości. Te dzieci nie są tego nauczone. One nie potrafią brać, dawać, one tego nie rozumieją. Muszą zostać wszystkiego nauczone tak jak niemowlę które Wam się rodzi. Dziecko przechodzi pewne etapy swojego rozwoju. Jeśli zostały zaburzone to jeśli dziecko poczuje się bezpiecznie wróci do nich. Przykładem może być chłopiec w wieku szkolnym któremu nie zapewniono w okresie niemowlęcym dotyku, przytulania, czułości. Wysoce prawdopodobne będzie, że taki chłopiec jak już poczuje się kochany bezwarunkowo i będzie mógł sobie pozwolić na rzeczy których mu brakowało to może wystąpić u niego regres. Będzie chciał być noszony na rękach. Będzie chciał pić z butelki. Będzie chciał spać z rodzicami w łóżku, przytulać się, dotykać nagiego ciała. W takich przypadkach rodzice mogą nie wiedzieć jak mają się zachować, są tacy którzy reagują złością bo „zboczeniec” , a mi serce pęka! Nie zboczeniec! To dziecko! Niemowlak który potrzebuje kontaktu skóra do skóry… Więc wszystkie oczekiwania, plany, marzenia wykreślamy. Po to są właśnie te kursy. Tam omawiane są podobne przypadki. Tam uczymy się być rodzicem dla wymagającego dziecka. Tam dociera do nas, że to nie my decydujemy, tam dociera do nas, że być może będzie ciężko, albo bardzo ciężko! Nie my jesteśmy na pierwszym miejscu „mam dziecko” tylko „dziecko ma rodzica”. Taki kurs to 10 spotkań po 3 godziny. Miejsca są ograniczone, dlatego często czas oczekiwania na swoje miejsce może wynieść nawet rok. Po ukończonym kursie otrzymuje się certyfikat jego ukończenia (lub nie, zawsze można zrezygnować wcześniej). Później następuje rozmowa indywidualna z psychologami i opiekunami. Wtedy to mówicie o Waszych sugestiach co do dziecka. Że np. bardzo chcielibyście chłopca w wieku 3-4 lata itd. W ośrodku dowiecie się, że nie szuka się dziecka dla rodziców tylko rodziców dla dziecka. Kochani będę mówiła o moich doświadczeniach i tym czego się nauczyłam JA. Nie odpowiadam, za inne ośrodki w których np. czekacie na telefon kilka lat i nic.  Bo właśnie po rozmowie indywidualnej czeka się na ten telefon… Przedstawiane jest dziecko, jego historia (jeśli jakąś ma) i ustalane są możliwości spotkań. Są tacy, którzy po zobaczeniu malucha mówią tak jak ja „Boże moja córeczka! Czekałam na Ciebie!”

A są tacy u których tej „chemii” nie ma. Czasem trzeba nawet kilku lat, żeby o „tym” dziecku pomyśleć tak naprawdę jak o swoim dziecku. To jest czasem trudne dla obu stron i ja to doskonale rozumiem.

Mam natomiast duży problem z ludźmi, którzy z góry spisują takie dzieci na straty. Że geny, że to, że tamto. Wydawałoby się, że jesteśmy krajem cywilizowanym ale podejście do tego tematu jest archaiczne. Pisałam kiedyś o tym na instagramie i mimo to pojawiają się czasem wiadomości „moja znajoma adoptowała, bardzo kochała, a oni wyrośli na narkomanów i złodziei, genów nie oszukasz”. Mało rzeczy mnie tak denerwuje jak tego typu wiadomości. Rola rodzica adopcyjnego jest bardzo trudna, dlatego wiele par po odbyciu kursu na którym dowiadują się tego wszystkiego, że dziecko nie będzie im wcale wdzięczne za to, że dostało różowy lub niebieski pokoik, rowerek i naleśniki na śniadanie… rezygnuje. Przed adopcją Dorki, dostałam od znajomej książkę. W książce opisane były przypadki rodzin które zdecydowały się na przysposobienie dziecka. Opisane były same trudne sytuacje! Ciężkie problemy z dziećmi. Przeczytałam połowę i powiedziałam, że nie będę dalej czytała! To było smutne! Trudne! Nie zgadzałam się z tym! I dalej bardzo mnie to porusza. Ale ta książka nie dawała mi spokoju, więc zaczęłam czytać dalej! Kolejny przypadek to mama która adoptowała noworodka prosto ze szpitala (nie wiem czy wiecie ale takie dzieciątka nie są wcale chętnie adoptowane bo u nich nie widać jeszcze problemów rozwojowych). Już po adopcji okazało się, że dzieciątko nie rozwija się prawidłowo, że jest chore. Ale ta kobieta nigdy nie żałowała swojej decyzji. Jej życie zmieniło się o 180 stopni. Opieka nad dzieckiem zajmowała jej cały czas. Wszystko kręciło się wokół dziecka ale pisała o nim i o miłości do tego dziecka tak pięknie, że odczarowała wszystkie moje negatywne emocje związane z tą książką. Takie książki są potrzebne, takie kursy są potrzebne i mówienie o tym też jest potrzebne.  

Wiem, że jestem specyficzna pod tym względem. Na kursie czytany był przykładowy „przypadek” maleńkiego chłopczyka. Były informacje na jego temat. I pytanie czy któraś z par zdecydowałaby się na adopcje. Nawet się nie zawahałam. Ale byłam jedyna. Wojtek zaczął się śmiać i powiedział, że nie mają mnie słuchać bo to oczywiste, że ja wezmę każde dziecko którego nikt nie będzie chciał. To nie jest naiwne, ja po prostu taka jestem i nie umiem inaczej. Wiem, że całego świata nie zbawię. Ale jeśli mogę zbawić świat jednego dzieciątka to to zrobię. I mam nadzieje, że tych światów będzie więcej 🙂 Wiecie czego nie rozumiem? Oczywiście wcale tego nie neguje, nie oceniam, w ogóle do tego nie podchodzę emocjonalnie ale nie rozumiem jaka jest różnica między dzieckiem urodzonym przeze mnie, a dzieckiem urodzonym przez inna kobietę. Dla mnie jedno i drugie to dziecko, które wymaga tego samego i chce być dokładnie tak samo kochane.

Wiecie, że są przypadki dzieci, które nigdy nie spały w łóżeczku, które przestały płakać bo płakanie nie ma sensu, które potrafią reagować tylko przemocą bo tylko to w domu widziały, które nigdy nie były na dworze, które nie wiedzą skąd się bierze jedzenie, które nie wiedzą, że jest coś takiego jak piaskownica, plac zabaw, w ogóle zabawki! Które nigdy nie jadły nic przy stole i którym nigdy nikt nie powiedział KOCHAM CIĘ… Które mama potrafi przyprowadzić do ośrodka bo dziecko jej przeszkadza jak ona przyjmuje klientów w domu, a babcia nie chce się nim zajmować… dowiedziałam się o dwuletnim chłopcu który mieszkał z matką w starym wagonie kolejowym bez łóżeczka, bez kocyka, bez niczego… a w TV rozdmuchiwane są jakieś afery ze rodzicom zabierają dziecko, które jest siłą wyrywane i płacze bo nie wie co się dzieje. Wiecie jak wygląda taki proces żeby zabrać dziecko od rodziców? Wiecie że rodzice nie chcą oddawać dzieci które zaniedbują, głodzą i biją dlatego że dostają pieniądze? A dziecko nie zna innego życia i nie wie, że nawet w domu dziecka jest lepiej niż w domu rodzinnym i płacze, krzyczy bo nie chce odejść z jedynego miejsca które zna! Polityka prorodzinna bardzo szwankuje, ale o tym się nie mówi. Bardzo mnie to emocjonuje bo to krzywda dzieci. Bardzo emocjonują mnie procedury! Jeśli rodzice są! Dziecko czeka! Mogliby być już razem, a papierologia, zakłady opiekuńczo lecznicze, sądy rodzinne działają jak działają! Zazwyczaj tak wszystko przeciągają że trzeba poruszyć niebo i ziemię żeby sprawy przyspieszyć. W naszym przypadku pani sędzina czekała kilka tygodni, mogłaby by wydać pismo, żebyśmy Dorke zabrali szybciej do domu, ale nie wierzyła w nasze dobre intencje mimo ingerencji psychologów z ośrodka i lekarzy ze szpitala w którym Dorka czekała nie zgodziła się podpisać dokumentów wcześniej, chciała sprawdzić czy jesteśmy tak zdeterminowani i czy będziemy ją odwiedzać 🤷‍♀️ teraz sprawy są z wiadomych przyczyn jeszcze bardziej utrudnione! Rodzice czekają i dzieci czekają…  

W tym wszystkim są dobrzy ludzie! Bo o nich trzeba głośno mówić! Ci którzy pracując w ośrodkach oddają całe swoje serce i wolny czas, żeby tym dzieciaczkom znaleźć rodziców i żeby jak najszybciej mogli być już w domu. Lekarze i położne, które wiedząc, że dziecko zostało porzucone obdarzają je miłością, zapewniają ubranka, przytulanki, chustowanie! Tak było z naszą Dorką! Ciotki ze szpitala dały jej wszystko to co powinno dostać każde malutkie dziecko po urodzeniu. Dorka po urodzeniu miała zapewniony kontakt skóra do skory, pierwsze mleko jakie dostała to było mleko z banku mleka kobiecego. Była noszona, całowana, pieszczona, dziewczyny przynosiły jej piękne ubranka i dbały o nią jakby to było ich własne dzieciątko. Cały czas jak wracam do tego wspomnieniami mam łzy w oczach i jestem im bardzo wdzięczna. Jeszcze dużo trzeba zrobić w temacie adopcji. Biurokracja biurokracją ale mam nadzieje, że myślenie „sierota, która i tak będzie patologiczna” w końcu się zmieni…

https://www.instagram.com/dzieciaki_cudaki/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


CAPTCHA Image
Reload Image